Tę publikację piszę językiem nie-technologicznym i nie-dietetycznym. Pomijam fachową nomenklaturę, piszę w zwyczajnych słowach. Nie ekwilibrystyka nomenklaturą jest celem tej publikacji, ale to, by trafiła do jak najszerszego kręgu.
Określane mianem „niezdrowe” jedzenie kojarzy nam się najczęściej z fast foodami i ewidentnie tłustymi potrawami typu słonina, tłuste boczki czy kotlety tonące w smalcu. Kto lubi i może, niech je. Życzę smacznego i… też czasem jadam.
Niestety styl życia jaki prowadzimy. Nieodłączny pośpiech i stres nie sprzyja ani naszemu zdrowiu, ani możliwościom zdrowego, racjonalnego odżywiania się. Nie każdy z nas chce i może jadać tylko „zdrowo”. Ba, czasem nawet będący na diecie, mniej lub bardziej eliminującej „niezdrowe” tłuszcze mają apetyt na smakowitą wędlinę lub kiełbaskę. Czemu nie? Z umiarem wszystko można.
I tu zaczynają się przysłowiowe schody.
Cieszy mnie fakt, że coraz częściej konsument sprawdza skład i przywiązuje wagę do tego co kupuje i co spożywa. Świadczy to o tym, że staliśmy się świadomymi konsumentami.
To co mnie oburza, to… fakt, iż często deklarowany skład odbiega od realnego. Nazwałbym to zwykłym oszustwem. Ale czy to zwykłe oszustwo? Nie! To oszustwo nader perfidne. To oszustwo, na którym nie tylko tracimy finansowo, ale to niesie za sobą znacznie poważniejsze skutki – rujnuje nasze zdrowie.
Przykład, który mnie uderza to kiełbasy. Kto pamięta kiełbasę „za komuny” ten ówczesną, najtańszą „zwyczajną” to teraz nie zamieniłby jej na najdroższą dzisiejszą (pseudo)kiełbasę. To, że większość dostępnych kiełbas ma strukturę parówki, smak jedynie powierzchowny, trwałość liczoną w godzinach, po wyjęciu z MAP’a, a podczas grzania w wodzie pęcznieje zamiast się kurczyć to jeszcze można (a raczej) trzeba było przywyknąć. Ale fakt, że zawartość białka i tłuszczu często nijak ma się do deklaracji to już podłość. Dlaczego? Na to pytanie niech odpowiedzą te zdjęcia.
Pięknie się prezentują frankfurterki zamknięte w foliowej paczce, nawet i poza nią.
Ich wygląd i aromat wręcz kusił….
Wg. etykiety: Tłuszcz 17gramów, białko 19 gramów.
Podstawowy składnik: mięso wieprzowe z szynki (wow! Z szynki to brzmi super)
Brzmi i wygląda całkiem apetycznie. Do czasu, aż ich nie rozkroiłem. I cóż tu mamy?
Nie potrzeba ani analityka ani analizatora, nie wspominając o Soxhlecie, by ocenić, że tłuszczu tu co niemiara.
Dlaczego tak reaguję? Jedno to oczywista oczywistość czyli koszty produkcji, ale co ważniejsze to kwestie społeczne. Są tacy, którzy kierując się i smakiem, i zdrowiem nie spożyją tego tak jak planowali. Dla jednego będzie to może jakimś dodatkiem do innych dań albo rarytasem dla pieska.
Nie zapominajmy jednak, że jest wśród nas coraz więcej tych, którzy nie mogą sobie pozwolić by dać to psu i sobie kupić kolejny, może lepszy produkt.
Ze smutkiem, zawiedzeni zjedzą to i podadzą swoim najbliższym. Mimo, że lekarz… mimo, że wyniki badań… nie wyrzucą, bo ich na to nie stać.
I to Ty Drogi Producencie, który tak oszukujesz i Ty Drogi Handlowcu, który robisz presję na cenę i zmuszasz do oszukiwania, to właśnie Ty, tymże oszustwem zmuszasz ich do tego.
Wpędzasz i pogłębiasz problemy zdrowotne nasze i naszych bliskich – zapychasz tętnice, uszkadzasz serca, niszczysz mikrobiom jelitowy, prowadzisz do otyłości, wpędzasz w depresję, prowadzisz do udaru, cukrzycy typu 2, powodujesz wysokie ciśnienie, upośledzasz działanie mózgu…
Produkcja i przetwarzanie żywności to biznes, ale też misja. Wiem, że do wielu z tej branży idealnie wpisuje się motto pecunia non olet, ale pamiętaj, że jest jeszcze karma. I to nie ta dla zwierząt.
Mój apel – reagujmy. Opinia konsumenta i media społecznościowe mają ogromną siłę. W szczytnym celu warto podjąć tę rękawicę, piętnujmy uzasadnione i potwierdzone przypadki. Dla zdrowia naszego i naszych bliskich.