Gdy zaczynałem pracę jako cargo surveyor nie miałem pojęcia co znaczy praca w porcie. Tego nie da się przekazać słowami, to trzeba poznać na własnej skórze, chociażby dlatego, że każdy z nas inaczej jej doświadcza.
Dla ludzi z głębi lądu to pełny romantyzm. Dla nas często trudne i niemające nic wspólnego z romantyzmem czy przyjemnością chwile. Praca ponad siły i często ponad normy nie tylko czasowe. Przeszywający, zimny wiatr. Paskudny jest portowy poniedziałek, który zaczyna się w niedzielę wieczorem. Wszyscy odpoczywają w niedzielny wieczór, a Ty od popołudnia szykujesz się do pracy. Pracy często przez całą dobę. Wielka odpowiedzialność, również finansowa. Często stres i złość. No i trudno cokolwiek zaplanować. Wystarczy zła pogoda i wszystkie plany biorą w łeb, bo statek się spóźni, albo musisz przerwać operacje przeładunkowe. Pada? Zamykaj ładownie! Wieje? Dźwig nie może pracować! Zimno albo gorąco? Zamykaj ładownie, bo łańcuch chłodniczy! Przestój godzinami, a Tobie płacą za tonaż albo co gorsza, obiecałeś w domu dziś być wcześniej.
Ale praca w porcie to też ogromna satysfakcja i duma. Gdy kończy się załadunek lub wyładunek ze statku czujesz, że znowu zrobiłeś swoje. Nie sam, ale cały zespół ludzi, których scala ta praca. Niezależnie czy jesteś Kapitanem, Chiefem, operatorem wózka, ładowaczem, tallymanem, lukowym, kierownikiem, dźwigowym czy marynarzem – bez Ciebie zadanie nie byłoby wykonane.
Przychodzi też taki moment gdy masz już wszystkiego dosyć, power zero, a stres level high. Wtedy zatrzymujesz się na chwilę i… dostrzegasz piękno morza i portu.
Te widoki potrafią zrekompensować trudy tej pracy. Ot, taki job…